Gry samochodowe

Prawie wszystkie postacie są bardzo podpakowane

Valiant Hearts: The Great War, arcade z klasą

Valiant Hearts: The Great War jest dwuwymiarową grą przygodową, której historia ma miejsce podczas ciężkiego i dość rzadko wykorzystywanego w grach, czasu pierwszej wojny światowej.

Dzieje się tak ponieważ konflikt był bardzo poważny, a jego nurt jest trudną tematyką dla typowych gier, które preferują wdzięczny temat drugiej wojny światowej. Tu trzeba podejść do tematu w nieco inny sposób i przestać myśleć o grze wojennej jako o typowej strzelance.
I choć Valiant Hearts nie jest grą idealną, bo ma pewne niedociągnięcia to jest to produkt przy którym warto się zatrzymać, bo zostanie na długo w pamięci.

Ciekawa grafika jak na grę 2D

Ciekawa grafika jak na grę 2D

Opowieść ma na celu zbliżenie nam okrucieństwa wojny. Jest przesłaniem i ukazuje jak wiele nonsensów i nielogicznych zachowań są w stanie kierować ludźmi u władzy. Jest świetnym manifestem antywojennym jaki do tej pory można było spotkać w grach o tej tematyce. Historia nie ukazana jest jednostronnie, mamy okazję spojrzeć na wszystko z wielu perspektyw i dochodzimy do wniosku, że nie ma tu stron konfliktu a jedynie ludzie którzy go stworzyli na własne życzenie.

Bohaterowie których poznajemy to farmer z Francji o imieniu Emile, który pomimo swojego wieku chce walczyć za ojczyznę; występuje tu jego zięć Karl, który z kolei walczy w barwach niemieckich; spotykamy również Amerykanina Freddiego, który poprzez walkę chce pomścić ukochaną żonę oraz kobietę o imieniu Ana, belgijską pielęgniarkę, która kieruje altruizm i chęć uwolnienia ojca ( który jest słynnym naukowcem) z niewoli, martwi ją fakt, że jego badania są wykorzystywane w złych celach. Mamy tu do czynienia również z psem, który w historii ma za zadanie splatać wszystkie historie naszych bohaterów. Jest również towarzyszem podczas ciężkiego życia całej czwórki.

Zazwyczaj towarzyszy nam przyjacielski pies

Zazwyczaj towarzyszy nam przyjacielski pies

Wszystko co ludzie nie jest obce w historii Valiant Hearts: The Great War. Można by pomyśleć, że jedynie co tu znajdziemy to wszechobecne przygnębienie i smutek. Jednak nie tylko mroczne uczucia będą nam towarzyszyć w tych trudnych czasach chodź znajdziemy tu przeróżne tragedie, ale zaznamy również miłości, przyjaźni i sposób na chwilową ucieczkę od świata wojny. Przede wszystkich autorzy postanowili wychwalać życie i uświadomić jakim cennym darem jest ono dla każdego człowieka. Jeśli do tej pory produkcjom tego typu nie udało się was złamać i doprowadzić do kilku łez ściekających po policzku to tej grze może się to udać.

Grafika w Valiant Hearts: The Great War jest wręcz fenomenalna, gdyż zawsze należy docenić sztukę ręcznego rysunku. Jest to jedna z największych tego typu produkcji zalet podobnie jak w przypadku Child of Light. Jednak przy takiej tematyce, rysunki mogły okazać się nietrafionym pomysłem gdyż obrzydliwość wojny ciężko ukazać z pomocą grafiki rysowanej, która kojarzy się raczej ze światem baśni. Jednak nie popadajmy w skrajności i nie pozwólmy się oszukać schematom. Wszystko jest genialnie zobrazowane, nie raz i nie dwa napawa obrzydzeniem. Można powiedzieć, że tak pięknej i jednocześnie brzydkiej historii nie zobaczycie pod żadnym innym tytułem.

A tu robimy coś do czego są potrzebne słoje z logiem trupiej główki

A tu robimy coś do czego są potrzebne słoje z logiem trupiej główki

Oczywiście nad historią można się pozachwycać, jednak kolejny raz zostanie ona opowiedziana nieudolnie. Znów nie dane jest nam usłyszeć lektorów w grze co znacznie utrudnia rozgrywkę. Nie jest dobrym rozwiązaniem zaproponować graczowi jedynie teksty bohaterów i ich ciągłe
chrząkanie gdyż koniec końców stanie się to męczące i sprawi, że zapragniemy odpoczynku. Pamiętajmy, ze wszystkich emocji, a zwłaszcza przy takiej historii, nie da się opisać i wręcz prosi się tu o głos rozpaczającego nad śmiercią przyjaciela, aktora. Jednak pozostańmy przy tym, że produkcja wypada naprawdę świetnie, a dubbing tylko by ją ulepszył, i tyle na ten temat.

Szaleńczy wyścig po antypodach

Szaleńczy wyścig po antypodach

Jednak nie tylko brak dopięcia na ostatni guzik oprawy dźwiękowej jest w Valiant Heart uciążliwe. Ciężki do zniesienia jest głównie fakt, że całość jest… tylko grą video. Magia jaka towarzyszy wszystkim historiom które poznajemy zdaje się ulatywać, gdy trzeba zacząć grać. Nie chodzi tu o to że rozgrywka jest źle wykonana, jednak wydaje się że przy wzruszających historiach, wypada dość blado i jest nienatchniona. Jest to tak zwany niezbędny standard gry przygodowej. Nie ma tu swobody, a o odkrywaniu nowych miejsc możemy zapomnieć. Dane są nam zadani, z których wynikają następne, a wszystko prowadzi nas do jakiegoś, wyznaczonego celu. Takie noszenie od celu do celu przedmiotów niczym aportujący pies i kilka prostych zagadek nie wymaga od nas żadnego wysiłku. Sytuację ratuje jednak fakt, że całość podzielona jest na cztery rozgrywki każdym z bohaterów. W końcu całą czwórkę spotyka inny los i całkowicie odmienne zakończenia ich zmagań. Tak więc Emile i jego historia to głównie okopy, radzi tam sobie między innymi z ładunkami wybuchowymi za pomocą szpadla. Amerykanin to oczywiście typowy Schwarzeneger, Rambo i Superman w jednym. Dziewczyna jak to pielęgniarka, skupia się głównie na potrzebujących ofiarach wojny natomiast Karl to taki typowy uciekinier, który chce skończyć z narażaniem swojego życia i wrócić do domu jak najkrótszą drogą. No i dochodzimy do psiaka, który dzięki swojej wierności przydaje się do wielu zadań i z chęcią pozaciąga kilka dźwigni i odwróci od nas uwagę wroga. Wszystkie te historie są bardzo proste i powtarzalne, każdy z nas spotkał się nie raz z którąś z nich. Do rozgrywki po pewnym czasie wkrada się monotonia zadań do wykonania i sprawia, że całość lekko nas usypia.

Prawie wszystkie postacie są bardzo podpakowane

Prawie wszystkie postacie są bardzo podpakowane

Nudę rozgrywki przerywają co jakiś czas przerywniki, które są nafaszerowane akcją i nie raz trzeba się wykazać zręcznością. Jednak do wrzenia może doprowadzić fakt, że chodzi tu raczej o ciągłe rozpoczynanie od nowa i poprawianie błędów ( czyli kucie co po  w którym momencie trzeba wykonać), niż o ukazanie umiejętności i predyspozycji gracza. Szkoda tylko, że pościgi w którym mamy okazję wziąć udział nie są nieco częstsze bo są świetnie skonstruowane i sprawiają, że wreszcie coś zaczyna się dziać.

Udźwiękowienie, obok grafiki jest kolejnym dużym atutem Valiant Hearts: The Great War. Całość utrzymana jest przy akompaniamencie muzyki klasycznej, która doskonale zgrywa się z przedstawianymi nam obrazami.

Tak więc Valiant Hearts to kolejny dość specyficzny produkt na rynku z którego można być dumnym pod względem merytorycznym i można go uznać za perełkę gier wojennych o tematyce I Wojny Światowej. Gracze, którzy nie mają z typowymi przygodówkami za wiele do czynienia będą zachwyceni i nie zauważą, że sama rozgrywka, wydaje się być zapychaczem całości historii przedstawionej w grze.

Doświadczeni gracze docenia liczne przesłania i sama fabułę, ale zaczną się po prostu nudzić. Jednak warto zainteresować się tą pozycją i pozwolić jej wgryźć się w naszą pamięć, gdyż pod wieloma względami nie ma sobie równych.

A Story About My Uncle, ambitna przygodówka

A Story About My Uncle, ambitna przygodówka

A Story About My Uncle to produkt Szweckich twórców, który reprezentuje zarówno gatunek gier przygodowych jak i platformowych. Można było o tym dziele usłyszeć , gdy gra została udostępniona całkowicie za darmo w 2012 roku.

Jednak była to tylko jej wczesna wersja, a sprytny zabieg marketingowy (choć wcale nie planowany) sprawił, że wielu będzie chciało do niej wrócić po więcej przygód.
Tak więc całe dwa lata później został wydany projekt o nieco ulepszonej wersji jednak oparty na tych samych założeniach co darmowa poprzedniczka.

Ciemno w tym domu

Ciemno w tym domu

Przygodę zaczynamy z ojcem i jego małą córeczką. Kładzie ją do łóżka, ale mała, jak to z dziećmi bywa wcale nie kwapi się do snu. Męczy ojca o bajkę na dobranoc, dzięki której na pewno zaśnie. Kochany tata zgadza się i zaczyna opowiadać małej pewną historię. Mężczyzna zaczyna wspominać wydarzenia ze swojej młodości. Otóż któregoś dnia postanowił wybrać się do domu swojego wujka Freda. Jednak jego tam wcale nie było, za to chłopak znalazł dziwny kombinezon. Na skutek kilku wydarzeń chłopak przeniósł się w inne, nieznane mu miejsce. Okazało się, że w tamtej krainie, kombinezon jest naprawdę przydatny. Dzięki niemu mamy możliwość skakania na wielkie wysokości i odległości, możemy biegać z prędkością błyskawicy. Posiadamy nawet dziwną nic, nieco przypominającą Spider-mana. Za jej pomocą możemy łapać się skał i w ten prosty sposób podróżować i zwiedzać po nieznanych nam lokalizacjach.

Super wdzianko

Super wdzianko

Mamy tu do czynienia z planem pierwszoosobowym, dzięki któremu gra polegająca głównie na zręczności i niekiedy zakrawająca o logiczne rozwiązania, staje się bardziej emocjonująca. Liczy się tu wszystko- od szybkości po dokładność, z którą musimy dokonywać wszelkich ruchów. Całość polega oczywiście na ciągłym podróżowaniu i próbach odnalezienia wuja Freda. Musimy połączyć wiele elementów układanki i wciąż wykorzystywać zdolności kombinezonu, aby ruszyć z fabułą o kilka kroków. Okazuje się, że kraina zamieszkała jest przez dziwaczne stworki- coś na kształt żabo-ludzi. Znajdujemy sobie towarzyszkę w jednym z tubylców, a mianowicie młoda Madeleine. Od tego momentu będzie nam pomagać przez większość dalsze rozgrywki. Wspomoże nas swoja wiedzą i znacznie ułatwi poszukiwania. Fani licznych rozlewów krwi będą zawiedzeni gdyż gra pozbawiona jest jakichkolwiek pojedynków i przemocy. Chyba tylko raz spotykamy złą istotę z która musimy się zmierzyć, ale dzięki sprytowi chłopca, mijamy stwora pozostając niezauważeni i ruszamy w poszukiwania wujaszka.

Część główna rozgrywki w The Story About My Uncle jest naprawdę satysfakcjonująca i robi nie małe wrażenie. Wszystkie skoki na ogromną wysokość, specjalna nić i latanie na niej, czy raczej bujanie się, łapanie różnych rzeczy za pomocą przyciągania, rakietowe buty to kilka elementów, które wprawiają w zachwyt. Jednak przy ich używaniu musimy być niezwykle uważni i wykazać się zręcznością i niezwykłą precyzją przy każdym manewrze. Gra ma ruchomy poziom trudności, więc na początku przygotowuje nas do całości rozgrywki za pomocą najprostszych przeszkód, które omijamy z łatwością. Jednak z czasem przeszkody są coraz trudniejsze, a nasza precyzja musi być coraz lepsza. Mamy za zadanie przedostać się przez ogromne fragmenty przeszkód i musimy pamiętać, że kombinezon przyjdzie nam z pomocą jedynie kilka razy, gdyż ilość opcji do wykorzystania jest ograniczona. Jednak co jakiś czas te opcje się regenerują, ale tylko wtedy gdy mamy normalny grunt pod stopami. Gra jest świetnym ćwiczeniem dla przyszłych chirurgów. Z czasem, po prostu nie możemy popełniać błędów w celności. A ci którzy nie wyróżniają się niebywałą precyzyjnością, muszą być przygotowani na to, że niektóre z  poziomów powtórzą kilkanaście razy. Wydawałoby się, że przy takich wymaganiach od gracza, sterowanie jest świetnie dopracowane. Niestety tak nie jest i wielokrotnie przyjdzie nam zginąć ponieważ któraś z opcji zadziała po prostu źle lub z opóźnieniem. Jest to frustrujące, zwłaszcza gry powtarzamy coś niezliczoną ilość razy.

Ja latam!

Ja latam!

Coś co może zdenerwować to także sama fizyka gry oraz fakt, że miejsca zapisu gry są nie raz naprawdę od siebie oddalone. Jednak gdy już do nich dojdziemy, mamy satysfakcję z przejścia takiej odległości z wieloma trudnymi do pokonania i wręcz morderczymi elementami.

A Story About My Uncle w stu procentach sprawdza nasze umiejętności. Przyda się tu zręczność w łapkach i dobre myszki, bez których nie ruszymy w dalszej rozgrywce z miejsca. Gra od pierwszych sekund wprowadza w niesamowity klimat rodem z baśniowych opowieści, jak wiadomo  z czasem ta atmosfera tylko się potęguje i sprawia, że gdy odchodzimy od monitora, szara rzeczywistość jest przygnębiająca. No chyba, że mieszkacie na Kanarach. Na początku nawet dom Freda wydaje się być naprawdę fantastycznym miejsce, ale w porównaniu do krainy, w której się potem znajdujemy, wypada on blado. Nasze oczy mogą nacieszyć się całą gamą najróżniejszych barw, powyginanymi figurami i przecudnymi krajobrazami. Całość atmosfery podtrzymywana jest dzięki klimatycznej muzyce. Także aktorzy podkładający głosy postaciom tworzą wokół gry świetny klimat. Gra spodoba się zarówno graczom lubujących się w baśniowych klimatach fantasy oraz przypadnie do gustu najmłodszym, a ze względu pozbawienia historii znamion brutalności, jest dla nich wręcz wskazana.  Jedyna przeszkoda to bardzo wysoki poziom trudności, ale myślę, że wtedy starsze rodzeństwo przybiegnie z pomocą.

Błyskawica z ręki

Błyskawica z ręki

Historii nie dane jest zakończyć się w jakiś bardziej konkretny sposób. Fabuła jest stosunkowo krótka bo zakrawa o około 3 godzinki zabawy. Jednak fabuła trzyma się kupy, a baśniowa otoczka nie ma nas zaślepić, bo na koniec czeka nas kilka mądrych lekcji. Jest to interaktywna dobranocka, choć na pewno nie wywoła w nas nudy. A Story About My Uncle to gra niezwykle wciągająca, a każdy z elementów który się na nią składa sprawia, że nie chcemy tej przygody kończyć. Istnieje na to kilka rad- możemy kontynuować rozrywkę w trybie time trial. Gramy w nim na czas więc poziom trudności znów rośnie i dobrze, bo nie spoczywamy na laurach i możemy się sprawdzić w jak najszybszy pokonywaniu poszczególnych etapów i z jak najmniejsza ilością popełnionych przez nas błędów.

Twórcy dodali do swojego wczesnego projektu naprawdę wiele elementów, jednak całość nadal wydaje się być zbyt krótka, szczególnie pod względem fabularnym, bo tam dałoby się jeszcze trochę zdziałać.

 

Jednak krótką rozgrywkę o nieco rozczarowującemu zakończeniu i wysokim poziomie trudności da się przeżyć, gdy dostajemy taki klimat, udźwiękowienie i grafikę w zamian. Niezwykłe opcje skakania i latania wprowadzają nas w nowy świat z niezwykłym rozmachem i sprawiają, że poszukiwanie tytułowego wujka, zmienia się w przygodę życia.

thief 4

Thief 4, kolejna skradanka od Ubisoftu

Thief 4 czyli najnowsza część znanych wszystkich skradanek kolejny raz ma szansę podbić nasze serca. Co prawda wszelkie zapowiedzi i filmiki nie urzekały niczym nowym to gra jest warta uwagi. Musimy się tylko dobrze zastanowić czy najnowszy Thief zepsuje czy potwierdzi dobre imię produkcji.

Tym razem gra jest niesamowicie elastyczna i każdy z pewnością dopasuje tu swoje preferencje i wymagania. W końcu można zmieniać zarówno poziom trudności z jakim przyjdzie nam się zmierzyć jak i między innymi interfejs użytkownika. Jest tu naprawdę ogrom szczegółów i opcji, których na bank nie znajdziemy w innych produkcjach w kategorii gier akcji. Najlepsze jest to, że każda wybrana przez nas opcja „kosmetyczna” ma swój wpływ w właściwej rozgrywce.

Ładna dziewczyna z Thief 4

Ładna dziewczyna z Thief 4

Obok wyboru poziomu trudności mamy okazję dopasować sobie koncentracje, kiedy gra będzie się zapisywać i tak dalej i tak dalej.  Jest tego tak dużo, że aż nie sposób wymienić, a wszystko co zmienimy sprawia że przestajemy być przysłowiowymi noobami. Pamiętajmy jednak, że każda wybrana przez nas zmiana jest nieodwracalna w czasie gry, więc dobrze się zastanówmy na co tak właściwie się porywamy.

Możemy również dostosować sobie to, czy chcemy korzystać z podpowiedzi i wyróżniania elementów w pokojach, którymi powinniśmy się zainteresować. Tak więc możemy wybrać opcję po omacku lub trochę to wypośrodkować i ustalić, że z niektórych podpowiedzi jednak chętnie skorzystamy.

Jeszcze ładniejsza od tyłu

Jeszcze ładniejsza od tyłu

Thief A.D. 2014 można uznać za taki nowy początek. Nazwijmy to restartem. Zdecydowano odciąć się od poprzednich gier i nie nawiązywać już do nich w rozgrywce. Oczywiście główny bohater też uległ pewnym zmianom. Nadal lubuje się w samotności i jest wyrzutkiem, ale można zauważyć, że jego dość charakterystyczna cecha charakteru nieco zanikła, a mowa tu o cynizmie. Z tego powodu trochę brakuje mu chartu ducha czy charyzmy ( choć ukrytej), stał się jakby nieco oswojony.

Niestety trzeba przejść do istotnej części gry a mianowicie fabuły. Jest naprawdę cieniutka. Oczywiście początkowo jak zwykle przedstawiona historia intryguje i zaczyna wciągać, ale to wszystko powoli mija. W sumie nie powoli bo już po kilku rozdziałach. Dają się tu zauważyć schematy i motywy które już chyba wszystkich dawno znudziły. Całość psują filmiki przerywnikowe, które nie są przykładem świetnego wyreżyserowania.

Jasne, że gra ma swoje atuty i to dość mocno wybijające się podczas rozgrywki. Za przykład może posłużyć element gry w pewnym budynku gdzie świetnie wpleciono motyw horroru. Czasami dostajemy porządnie wymierzony policzek gdy po długim skradaniu się twórcy postanowili zabawić się w film akcji i zaserwować ucieczkę, która psuje wszystkie wcześniej wykonane po cichu manewry. Trzeba się pogodzić z tym, że tak została skonstruowana fabuła i totalnie nie mamy na nią wpływu nawet jak świetny złodziej.

Akrobacje w Thief 4

Akrobacje w Thief 4

Ciekawostką jest to, że przy słabej historii głównej, wątki poboczne i związane z nimi zadania są naprawdę interesujące. Większość to oczywiście bardzo proste i szybkie misje, których możemy nawet nie odczuć. Są wśród nich jednak perełki, które potrafią rozwinąć się na kilka etapów co podniesie poziom zabawy. To trochę dziwne, że w tych krótkich zadaniach mamy do czynienia z ciekawszymi pomysłami i intrygami niż w głównej fabule, która jest przewidywalna i stereotypowa do bólu.

Jak zwykle w tego typu grach dużą wartość ma dobry podkład muzyczny oraz sama oprawa dźwiękowa. Gdy w opcjach zrezygnujemy z koncentracji, musimy zdać się na inne zmysły. Tak więc gra na słuch w tej grze zdecydowanie jest możliwa. Zdarzają się lekkie błędy np. w lokalizacji dźwięku, który okazuje się być nieco przekłamany, ale są to rzadkie sytuacje. Ciężko jest napisać cokolwiek o muzyce zastosowanej w Thiefie. Różni się bardzo od poprzednich odsłon, szczególnie, że jest bardziej klasyczna. Świetnie dobrany utwór w sytuacjach skradania się i spokoju przeradza się w niesamowity łomot przy jakimkolwiek zagrożeniu. Dobrym pomysłem jest po prostu s głośników i odrzucenie słuchawek w kąt, bo można paść na zawał. Ciężko też wyjaśnić występowanie muzyki klasycznej granej przez orkiestrę symfoniczną w… kanałach. Dziwne, ale prawdziwe.

Thief posiada dość otwarty świat po którym możemy się swobodnie poruszać. Całość miasta w którym się znajdujemy podzielona jest na kilka części zarówno fabuły głównej jak i misji pobocznych. Wszędzie dostajemy się praktycznie bez problemu, więc tu raczej nie ma na co narzekać.

Odkrywanie nowych miejsc i zwiedzanie miasta jest naprawdę przyjemne. Poza wspomnianymi już wątkami pobocznymi, w każdym zakamarku czają się dodatkowe sekrety i intrygi, które tylko czekają żeby je odkryć. Atmosferę gry buduje zarówno ciemne miasto spowite w miejscami gęstej mgle jak i podsłuchiwane przez nas na każdym kroku rozmowy. Gdy tak przemykamy się miastem, a nawet po jego dachach, zza któregoś okna zawsze usłyszymy czy to roześmiane rodziny i ich wesołe rozmowy, czy kłótnie, a nawet drobne sekrety, które zainteresują każdego złodziejaszka ( gdzie schowane są pieniądze lub biżuteria).

Plusem jest to, że nie ma tu swoistych przerw od akcji i nagłej teleportacji w inne miejsce niż przed chwilą byliśmy. Fabuła nie narzuca nic takiego, więc wszędzie musimy powędrować sami (czasem przy pomocy naprawdę lichej mapy). Czasem jednak ta samowolka denerwuje, gdy okazuje się, że aby wypełnić jakieś zadanie musimy wracać na drugi koniec miasta i po raz tysięczny przechodzić tymi samymi płotami, wyłamywać te same dechy i wybijać te same szyby.

Skradamy się

Skradamy się

Sztuczna inteligencja naszych przeciwników jest naprawdę długim i dość żmudnym tematem. Nie jest ona szczególnie zła jest jednak bardzo wypośrodkowana. Bywa, że czasem reaguje z opóźnieniem, ale zawsze jakoś na nas zareaguje. Choć to może błędne stwierdzenie bo zdarza się, że strażnik jakiegoś obiektu po sekundzie zorientuje się, że coś jest nie tak, gdy nadepniemy na szkło czy w kałużę, ale odgłosu roztrzaskanego z hukiem kufra zupełnie nie zrobi na nim wrażenia.
Nie spodobać się może jednak całkowite ignorowanie otwartych drzwi czy braku skradzionych przedmiotów. Tu twórcy się nie popisali.

Można odnieść niemałe wrażenie, że za bardzo skupiono się w Thiefie na detalach, zapominając przy okazji o sednie gry jakim jest fabuła, czy niektóre podstawowe interakcje. Produkcja wypełniona świetnymi animacjami i silnym zapleczem, najeżona jest czekającymi na nas rozczarowaniami. Nie wykorzystano w pełni potencjału jaki ma gra tworząc coś, co naprawdę ciężko ocenić na tak lub na nie.

 

Całość zostaje uratowana przez wspomnianą już elastyczność gry która daje niesamowite możliwości i sprawi, że będziemy do Thiefa wciąż wracać i wypróbowywać nowych opcji, innych rozwiązań i wcześniej nie wybranych przez nas rozszeżeń.
Nikt na pewno nie pożałuje spędzonych przy grze chwil, kiedy to mieliśmy okazję poczuć niesamowitą atmosferę zaproponowanego nam miasta spowitego tajemnicą.

Wreszcie bardzo grywalny Need for Speed 0

Need for Speed: Rivals – recenzja pełnej wersji gry

Pierwsze wrażenia z gry Need for Speed: Rivals

Radzę sobie dobrze. Staram się dogonić czerwoną Corvettę, którą ścigam już od kilku kilometrów. Mój srebrny Mercedes wartości kilku mieszkań w większym mieście, nagrzewa swój silnik do czerwoności. Jednak, gdy zbliżałem się do wzgórza, zderzyłem się z innym policyjnym samochodem, który jechał po złym pasie. W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że muszę go wyminąć, ale było już za późno. I moim oczom ukazał się widowiskowy wypadek, jeden z lepszych jakie widziałem w grach, tak przy okazji.

A mówiłem, żeby nie zakładać gazu w samochodzie?

A mówiłem, żeby nie zakładać gazu w samochodzie?

 

Tak, to jest właśnie grać w najnowszą część NFS: Need for Speed: Rivals. Nigdy nie wiadomo, czy inny gracz w trybie multiplayer, będzie jechał zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Nigdy też nie wiadomo, czy akurat jest z anglii, i nie wini Ciebie za to, że jechałeś “złym pasem”.

Ta część Need for Speed, jak mój ukochany Hot Pursuit bardziej przypomina moda do GTA niż typową ścigałkę.

Może taki tryb gry nie będzie pasował graczom, którzy lubią symulację, jednak ci, którzy preferują arcade, będą bardzo zadowoleni.

Need for Speed Rivals to gra na którą gracze czekali

Jak się domyślasz drogi czytelniku, w grze są tylko dwa tryby – albo uciekasz sportowym samochodem za 50 średnich krajowych w anglii, albo gonisz ludzi, którzy przekraczają prędkość.

Electronic Arts tym razem się postarało i zrobiło grę, która wciąga tak bardzo, że grając, nie ma się odczucia, że jest stworzona przez EA. Brak tu większych bugów, denerwujących rzeczy, takich jak brak czatu na końcu rundy, jak w Battlefield 3. Ale o tym w dalszej części recenzji Need For Speed: Rivals.

Dogonić uciekających graczy nie jest łatwo. Jednak z pomocą przychodzi system upgradeów, dzięki którym można podrasować swój samochód, któremu jeśli by doczepić skrzydła, mógł by latać w przestworzach jak odrzutowiec.

Latać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej!

Latać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej!

Jak w każdym Neef for Speed, mamy do wyboru bardzo dużą gamę samochodów. Do wyboru są wszystkie szybsze modele Ferrari, Bugatti, Bentleya i innych marek, których zazwyczaj nie widać na polskich drogach.

Jednak co mnie smuci, nie widać dużej różnicy w kierowaniu pojazdami. Np.Ferrari F40, jeździ się tak samo jak Dodgem Chargerem, a są to przecież zupełnie inne samochody.

Tą niedoróbkę nadrabiają bardzo dopracowane trasy, piękna grafika tras i ciekawa animacja zmian pogody.

Podczas długiego pościgu zdarza się, że zacznie padać deszcz, droga stanie się śliska i branie ostrych zakrętów będzie powodowało poślizg.

To co mi się podoba w Need for Speed Rivals to to, że wszystko w tej grze ma swoje miejsce i jest w jakimś logicznym porządku. Np. bardzo łatwo było przejść z roli ściganego, do ścigającego – praktycznie dwa kliknięcia. System ugradeów jest przejrzysty i po pierwszym rzucie oka wiadomo o co w nim chodzi. Gdy widzę tak dobrze ułożone menu, mam ochotę po prostu kliknąć i sobie pograć.

Możliwość rozpędzania auta do 300 km/h i w ostatnim momencie wymijania samochodu z naprzeciwka jest naprawdę niesamowita.

Proszę się o mnie tak nie ocierać.

Proszę się o mnie tak nie ocierać.

Niesamowite są również wypadki, gdy nie zdążysz wyminąć samochodu jadącego z naprzeciwka i Twój wóz praktycznie rozpada się na kawałki, a jego części lecą w przepaść. To jest taki Need for Speed jakiego pamiętam z pierwszej części Hot Pursuit z 2001 roku – dynamiczny, szybki i bardzo ciekawy.

Realizm w tej grze arcade jest co ciekawe jej mocną stroną.

Nawet udany pościg za innym graczem może skończyć się tym, że nagle z naprzeciwka uderzy w Ciebie gracz z Twojej drużyny, czy w inny sposób Ci przeszkodzi. To wprowadza w nowego Need for Speeda element losowości.

Grafika Need for Speed Rivals praktycznie wgniata w fotel. Niestety nie widać tego na screenach. Dopiero gdy siada się przy tej grze, zaczyna się doceniać możliwości współczesnych kart graficznych.

Aż chciało by się, żeby tak wyglądało GTA 5 na PC.

Jest jeden problem z tą grą. Nie ma tutaj pauzy! Gra się toczy cały czas! Jeśli chcesz iść do łazienki, albo coś zjeść, musisz liczyć się z tym, że gdy wyjdziesz do menu, gra będzie leciała dalej.

Praktycznie można tą grę porównać do MMO, gdzie gdy grasz, trzeba być cały czas online i mieć koło siebie wszystkie rzeczy potrzebne do życia, aby nie odchodzić za daleko od klawiatury.

Aha, jeszcze o tych upgradach. Upgrady kupujemy za punkty, które można zdobywać wygrywając pościg, lub łapiąc ściganego. Można dopakować wnętrze samochodu, lub zainwestować w wygląd zewnętrzny. Co ciekawe – przy wypadkach traci się je na zawsze.

To trochę denerwuje, bo gdy już miałem kilkadziesiąt tysięcy speed points, inny gracz mnie rozwalił i wszystkie punkty straciłem. Trzeba pamiętać, żeby chować te punkty do banku, bo z każdym wypadkiem może się je stracić.

Oczywiście grałem w pełną wersję Need for Speed: Rivals, bo żeby dobrze zrecenzować grę, trzeba w nią grać przynajmniej kilka godzin.

A w czym tkwi wyższość tej gry nad odpowiednikami z konsoli PS4, czy Xbox One?

Wyższość tkwi w grafice. 60 fps, 1080p, wszystkie suwaki na maksa i auta wyglądają jak prawdziwe. Naprawdę, gdy się na nie patrzy w garażu, ma się wrażenie, że stoi się przed prawdziwym super samochodem.

Całęj serii brakowało właśnie takiego asa jakim jest Need for Speed: Rivals. Ta gra jest po prostu niesamowicie grywalna.

 

Ocena: 5/5

Need for Speed: Rivals bierze większość dobrych rzeczy, ze swoich poprzedników i zamienia je w znakomitą ścigałkę multiplayer. Tą grę na pewno polubią wielbiciele gier samochodowych.